Anna Świrszczyńska o jodze, czyli poetka i jej ciało

  • wtorek, 25 kwietnia 2017
  • autor: Beata Zatońska
W sensualnej poezji Anny Świrszczyńskiej (1909-1984) jej ciało i ciała tego kobiecość zajmowało miejsce poczesne.  
Czesław Miłosz propagator twórczości i tłumacz wierszy poświęcił poetce książkę pt. „Jakiegoż to gościa mieliśmy. O Annie Świrszczyńskiej” (1996), gdzie szczegółowo, wers po wersie analizował twórczość i studiował biografię, by w efekcie dojść do istoty jej poezji.
„Słownik współczesnych pisarzy polskich (PWN 1964) nie nazywa jej nawet poetką, co dokładnie odpowiada jej nieobecności na rynku książkowym przez ćwierć wieku, jeżeli nie liczyć Liryków zebranych, które wydał PIW w 1958 roku w 1000 egzemplarzy. Przerwa trwa do lat siedemdziesiątych, kiedy zaczynają się ukazywać jedne po drugich tomiki wierszy. Ma wtedy sześćdziesiątkę i niewiele ponad dziesięć lat pracy twórczej, bo umiera 30 września 1984” – napisał Miłosz we wspomnianym tomie. Jej twórczość popularyzował pod pseudonimem „Anna Świr”, które było pseudonimem powstańczym poetki. Nazwisko „Świrszczyńska” zapewne żadnemu obcokrajowcowi przez usta by nie przeszło, za trudne.
Co ciekawe, naprawdę nazywała się Świrczyńska, była córką malarza Jana Świrczyńskiego, ale carski urzędnik wpisując jej nazwisko do ksiąg popełnił błąd, którego ona nigdy nie skorygowała.
Anna Świrszczyńska uprawiała jogę, biegała, a przede wszystkim była znakomitą poetką
Zapomniana?
Z twórczością Świrszczyńskiej sprawa jest trudna. Poświęcono jej wiele analiz i tomów opracowań, ale w powszechnej świadomości prawie się nie zapisała. Czy jest teraz zapomniana? I tak, i nie. Tak, bo w kontekście np. nowatorskiego pisania o powstaniu warszawskim częściej przywołuje się Mirona Białoszewskiego i jego genialny „Pamiętnik z powstania warszawskiego” niż równie genialny tom Świrszczyńskiej pt. „Budowałam barykadę” (1974) – ascetyczny, jednocześnie prosty i emocjonalnie porażający obraz znikającego świata. Nie – ponieważ częściej niż nam się wydaje, słyszymy jej wiersze. Śpiewają je m.in. Aga Zaryan, zespół Maryna C i Maria Peszek.
Cielesna baba
Ale sztuka Świrszczyńskiej to także analizowanie swojej cielesności. Obserwuje ciało poddając je ćwiczeniom. Była chyba pierwszą polską poetka joginką i biegaczką. Nie jadała też mięsa. Najprawdopodobniej fascynacja jogą rozpoczęła się dzięki znajomości z Maliną Michalską, autorką jednego z najpopularniejszych powojennych podręczników do jogi pt. „Hatha-Joga dla wszystkich”. Z jej siostrą, pisarką Jadwigą Żylińską, Świrszczyńska się przyjaźniła.
„Trzy dni/ Głodzę swój brzuch/ żeby nauczył się jeść/ Słońce/ Mówię do niego – Brzuchu, wstyd mi za Ciebie ./Musisz się uduchowić/ musisz jeść Słońce" – napisała w wierszu pt „Głodzę swój brzuch w celach wyższych" z tomu pt. „Szczęśliwa jak psi ogon” (1978).
Teraz Świrszczyńska, mogłaby być celebrytką, która opowiada o zdrowym trybie życia, jodze i bieganiu. Przed laty jej „wybryki” uważano najwyżej za niegroźną fanaberię. Wiadomo, poetom wolno więcej. 
Anna Świrszczyńska jest autorem tomiku poświęconego powstaniu warszawskim pt.   „Budowałam barykadę”
„Dusza spada do głowy” 
Po wojnie los rzucił ją do Krakowa. Mieszkała tam w słynnej kamienicy przy ulicy Krupniczej, gdzie mieściła się siedziba Związku Literatów. W tej artystycznej „komunie” spotykali się wszyscy, m.in. Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Magdalena Samozwaniec, Stanisław Dygat. Nie sposób wyliczyć wszystkich. Tam też, przy Krupniczej, narodziła się pierwsze grupa polskich joginek, które wiedzę czerpały od Maliny Michalskiej. A Świrszczyńska swoje doświadczenia pracy z ciałem zapisała w wierszach, które nasyciła przekorą i humorem.
Miłosz pisał o Świrszczyńskiej, że najlepiej czuła stojąc na głowie. O świecy ( salamba sarvangasanie) i staniu na głowie (salamba sirsasanie) Świrszczyńska napisała w wierszu z lat siedemdziesiątych:
„Kiedy leżąc podnoszę nogi do góry/, dusza przez omyłkę wskakuje mi w nogi./ Nie jest to dla niej wygodne/musi się przy tym rozwijać  /bo nóg jest dwie  /Kiedy staję na głowie/ dusza spada do głowy/ Jest wtedy na swoim miejscu”. 
W wierszu „Mówię do siebie” z wydanego już po jej śmierci tomu „Cierpnie i radość” (1985) napisała:
„Moje ciało, jesteś zwierzęciem/ któremu przystoi koncentracja i dyscyplina/wysiłek sportowca, świętego i jogi/ Mądrze tresowane,/ możesz stać się dla mnie/ bramą,/ przez którą wyjdę z siebie,/ i bramą/ przez którą wejdę w siebie”. 
W utworze „Genialne ciałko jogi” napisała z kolei: „Znudziło mnie moje ciało. Na próżno przez tyle lat/ staram się je wytresować,/głodzę, polewam lodowatą wodą,/ biczuję pracowicie”
Utwory z tomu „Cierpieniu i radość” w większości napisane przez kobietę już ponad 70-letnią poetkę, nie są wołaniem żalu za utraconą młodością. Jest w nich żar, poszukiwanie prawdziwej mądrości, rozkoszowanie się wolnością i nieustanne zachłyśnięcie możliwościami ciała. Pisze o bieganiu, wędrówkach, robi to z autoironicznym dystansem. Warto tu przytoczyć wiersz „Biegam po plaży”:
Biegam po plaży. / Ludzie się dziwią./– Siwa baba i biega. / Biegam po plaży/ z bezczelną miną.Ludzie się śmieją/ – Siwa i bezczelna./ Aprobują”.
Czytanie poezji daje oddech i sprawia, że świat – oczywisty i znany – odsłania nowe znaczenia. To truizm, ale między jednym a drugim dniem, jedną a drugą sesją jogi, warto sięgnąć po tomik Anny Świrszczyńskiej, przyjrzeć się jej koncepcji kobiecości i człowieczeństwa i może stanąć na głowie, żeby dusza wróciła na swoje miejsce.
 
 
 

 

 

 
Opublikuj na:

data wydruku: wtorek, 22 września 2020 roku 10:49:17
adres dokumentu: http://www.joga-joga.pl//index.php?LANG=pl&page_ID=180&art_ID=2452