ścieżka do tekstu:

Przygody Tomka z Parśvottanasaną - Tomasz Mikler

  • sobota, 21 kwietnia 2012
  • autor: Tomasz Mikler
Swoją praktykę jogi zaczynałem około siedmiu lat temu. Dobrze pamiętam, że wtedy, za każdym razem gdy usłyszałem na zajęciach nazwę Parśvottanasana na moim ciele występował zimny pot. Każde wejście do tej pozycji było dla mnie walką z prawami grawitacji. Ciągle z niej wypadałem i mozolnie próbowałem wejść ponownie.
parsv4
Samo prawidłowe ustawienie stóp i skręcenie bioder już było dla mnie wyzwaniem. Moje dłonie z wysiłkiem ledwo byłem w stanie oprzeć na goleni – a i to nie bez bólu, zaś opuszczenie głowy w dół już zupełnie graniczyło z cudem. Po słowach nauczyciela, który konsekwentnie instruował o konieczności jeszcze pełniejszego wydłużenia przodu tułowia i zejścia dłońmi do podłogi – pognębiony niepowodzeniami – zwykle oddawałem tę asanę walkowerem. Szczerze nienawidziłem tej pozycji. Czułem, że tyły moich nóg się rozrywają. W momencie, gdy doznawałem oczywistego odczucia, że miejsce, w którym moje plecy tracą swoją szlachetną nazwę, rozrywa się na tysiąc kawałków, zapominałem o wszelkich teoretycznych zaletach tej asany.
Jak w takim momencie normalny, zdrowy człowiek ma jeszcze zachować spokojny oddech...?! No jak?!
Parśvottanasana była tą pozycją, w której kiedyś tak mocno walczyłem ze swoimi ograniczeniami i swoim umysłem, że czułem, iż za moment omdleję, albo stracę przytomność – organizm pewnie się bronił :-).
Musiało upłynąć wiele wody w Wiśle, którą codziennie przekraczałem idąc do Sadhany, na odbywające się wtedy jeszcze na Dębnikach zajęcia, zanim powoli i z dużą dozą nieśmiałości zaczynałem się do Parśvottanasany przekonywać. Wcześniejsza szczera niechęć do niej powodowała, że byłem z nią mocno związany emocjonalnie. To bardzo utrudniało mi jej wykonanie i spokojne doświadczanie.
Stopniowe jej oswojenie pozwoliło mi odczuć na własnym ciele, jak Parśvottanasana znakomicie rozciąga nogi, otwiera biodra, a poprzez pracę stabilnych, silnych nóg i dzięki zwartości bioder pozwala wyciągnąć tułów do przodu i osiągnąć doznanie uspokojenia. Chociaż jest to pozycja stojąca – moje ciało odczuwa ją jako skłon, który naprawdę wycisza. Jednak taka już moja uroda, że moje ciało - przypominając nieco drewnianą kłodę – wciąż utrudnia mi przejście bez wrażeń i emocji przez Parśvottanasanę. Jednak pamiętam, że w praktyce asan ważny jest kierunek i dążenie do celu. W takich trudnych momentach walki z własnymi ograniczeniami świetnie sprawdza się przedstawiona przez Patandżalego w Jogasutrach koncepcja bilansowania się dwóch energii.
 parsv1
Człowiek dążąc do osiągnięcia określonego celu – w tym wypadku prawidłowego wykonania Parśvottanasany – podejmuje pewne działanie, wysiłek – słowem: praktykę. Tę aktywną energię Patandżali w swoich sutrach nazywa abhyasa (I.12-14). Jednak takie zadaniowe, ambitne i niezbilansowane żadną przeciwstawną energią podejście właśnie prowadziło mnie na manowce niechęci do Parśvottanasany, rezygnacji i złości. Zbawienna okazała się antagonistyczna tendencja, o której także mowa jest w sutrach (I.15) – vairagya. Jest ona stanem nie-przywiązania, odpuszczenia sobie, porzucenia pożądania osiągnięcia celu. Jak w rachunkowości aktywa muszą równoważyć pasywa, tak w jodze abhyasa musi być bilansowana przez vairagyę, by osiągnąć uspokojenie i odpowiednie wyważenie dwóch sił, które doprowadzą do celu. Przy czym cel ten wydaje się być osiągany nie na skutek wyłącznie dążenia do niego, ale bardziej jako wypadkowa – skutek uboczny równoważenia się tych dwóch energii.
Teraz sam na zajęciach obserwuję uczniów i widzę – zwłaszcza mężczyzn, którzy będąc z natury bardziej skostniałymi i mniej elastycznymi istotami niż ćwiczące jogę panie – jak walczą z, (a może bardziej „o”) Parśvottanasanę i łączę się z nimi w bólu. Domyślam się wtedy, co dzieje się w ich głowach w takim momencie. Żyjąc w świecie, w którym ciągle musimy być nastawieni zadaniowo, osiągać cele – zapominamy o tym, że czasami trzeba sobie odpuścić, zbilansować abhyasę vairagyą. Wtedy dopiero wszystko wraca na właściwe tory. Ja zaś nadal – już bez uprzedzeń i ze znacznie większym luzem – dalej pracuję nad „ukochaną” asaną – Parśvottanasaną.
 Do zobaczenia na zajęciach! :-)
Tomek Mikler
W grudniu 2010 roku uzyskał stopień Introductory I i II.
Szkoła Sadhana w Krakowie
 
 
Opublikuj na:

data wydruku: niedziela, 15 września 2019 roku 15:56:59
adres dokumentu: http://www.joga-joga.pl//index.php?LANG=pl&page_ID=100&art_ID=1409