Dołącz do nas na
ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA


Morska Hatha-Yoga. Adam Dąbrowski Modest

  • poniedziałek, 21 grudnia 2009
  • autor: Adam Dąbrowski Modest
2009-11-11 21:42

Dzisiaj, od samego rana było mało światła z nieba.  W Łodzi wszystkie sklepy oprócz alkoholowych były zamknięte.  Nieliczne restauracje otwarte. Już weselej było w święto zmarłych.

Mimo to spotkaliśmy się; Hania,  Kasia i ja ,żeby zredagować tekst dla tych, którzy nie pływali z nami po Bałtyku w lipcu, przez dwa tygodnie. W portach Danii i Szwecji trenowaliśmy codziennie, co najmniej 2 godziny Hatha - Yogę .

Mariusz Wilk w „Domu nad Oniego” dziwi się podobieństwu wierzeń ludów północnej Kareli do wierzeń hinduistycznych. A mi praktykowało się asany głęboko, w harmonii z ziemią i morzem Szwedów, Duńczyków.  Były na swoim miejscu.
Zdjęcia, filmy przywracały nam pamięć  czasu szumu fal i wiatru, dzień i w nocy . Kasia po rejsie jeszcze przez kilka dni budziła się w nocy, w domu, bo nią kołysało..   Gdy „lecieliśmy” ze Świnoujścia do Nexo , na Bornholmie, zrobiłem zdjęcia różnych stron dookolnego horyzontu.  Na południowym zachodzie linia horyzontu była optymistyczna, ledwo widoczna  w blasku morza i głębi mlecznoniebieskiego nieba, na północnym wschodzie była pesymistyczna, ponurawo ciemnawa i stojąca, jak chwilowo  nieruchomy bies.
Praktyka jogi podczas rejsu morskiego. 2
Wysiadywaliśmy godzinami w kokpicie mknącego jachtu, pod niebem  na żyjącej po swojemu, wrażliwej wodzie.  Choć niebo było ważniejsze; konieczna była ciągła obserwacja  kalejdoskopu chmur, zamgleń, słońca i cieni dla dotarcia do portu, bez strat.
Zmysłami, sercem i umysłem byłem zaangażowany w niebo tyle czasu ,że  słowo „lecieliśmy” dobrze oddawało  moje odczuwanie tego co się z nami działo. To był raczej lot , niż płynięcie.
 Hania  zafascynowana szybkością, odgłosami wody i wiatru, była na pokładzie przez całą ostatnią noc, za sterem, albo siedząc , przypięta liną, przy zejściówce. Nic nie mówiła. Opowiadając o tym użyła słowa : „lecieliśmy”.
 To jest dla mnie naturalna i spontaniczna dharana.
Kasia  wyjątkowo tej nocy  w koi, ( W czasie jazdy dopadała ją choroba morska wewnątrz  jachtu, więc wolała być na powietrzu.) o świcie wydostała się do zejściówki i filmowała długo wschód słońca.
Ten film dzisiaj, po 3 miesiącach miastowego życia ujawnia swą moc ;każe zamilknąć zagonionemu, zadyszanemu szczurowi, pozwala wsłuchiwać się w Ziemię.   
Praktyka jogi podczas rejsu morskiego. Wakacje 2009. 3
W Świnoujściu trenowaliśmy  przy zagadkowej ciężarówce, na końcu cypla, przy marinie, niedaleko bazy SAR, pod wielkimi drzewami . Obok przepływały promy Stena Line ,  Dawało się robić stojące z oparciem dłoni na skrzyni ciężarówki  Alarm się nie włączył.
Hani przeszkadzali trochę spacerowicze. Gosia strząsała uważnie robaczki z maty.  Kasia trenowała nieco dalej.
 Powróciłem do powolnego, spokojnego przeżywania , jakie daje mi praktyka. Przeżywania potężnego, jak przetaczające sie leniwie wody Amazonki u ujścia do oceanu.
 Sądzę, że panie zmęczone jazdą samochodem, deszczem w namiotach, sponiewierane wiatrem, gdy czekały nocą na jacht, trening też uspokoił. Weszliśmy w cykl dobowy ze stałą pozycją treningu, oprócz snu , płynięcia i jedzenia. Wrócił wewnętrzny porządek; a i świat  dla mnie poustawiał się w znaną kompozycję.
 W Nexo objawialiśmy się już sobie  od stron całkowicie nieznanych wcześniej  na treningach jogi.  Rejs oderwał nas od ludzi, spraw, nawykowych reakcji, wymiarów rzeczywistości, siebie samych znanych sobie i najbliższym. Telefony komórkowe  niewiele tu zmieniały.
 Dla podświadomości byliśmy sami na morzu.
 Nabrała znaczenia umiejętność wiązania węzła knagowego,  bystrość w operowaniu odbijaczem i kręcenia kołem sterowym „po jachtowemu”, nie jak kierownicą samochodu.
 Każdy radził sobie na swój sposób  z nową  bardzo różną od  codziennej sytuacją życiową. Niektóre zachowania zdumiewały mnie w najwyższym stopniu. Instynkt przetrwania  czyścił z fochów, fanaberii, milusiego wygodnictwa.  Dwa tygodnie  nie wystarczyły jednak do rozstania się z regresjami do tożsamości dziecięcej..
 Roztopiłem się atmosferze domowej zasobnej kuchni z utalentowaną kulinarnie mamą w czterech postaciach. Co prawda  kuchnia , czyli kambuz w nowoczesnym disajnie, latała jak wagon towarowy na powyginanych torach z pijanym  śpiącym motorniczym, ale to mi nie przeszkadzało w roztapianiu się. Gosia miała sprawę z rozkapryszoną dziewczynką i rodzicami  . Kasia? Hania? Monika? Jeżeli zechcą to same powiedzą.
Przeżywałem przygodę, mobilizację całego ciała, osobowości, jakich nie przeżywałem przez rok na lądzie.  I odpoczywałem od …..
Od OBOWIĄZKU?
Hania zgodziła się  z moją opinią, że była szczęśliwa. 
Praktyka jogi podczas rejsu morskiego. Wakacje 2009. 4
Kasia  nie  miała snów, mimo, że w domu śni. Oprócz jednego snu, pod koniec rejsu . Czas stanął dla Kasi. Mimo upływu dni  miała wrażenie, że rejs jeszcze się nie zaczął. Doświadczenie rejsu było jak przejście przez wąską szczelinę do innego świata.
 Dużą część Gosi, jej kolano trzymało  poza morzem i niebem.
Monika oswajała się z brakiem  opoki, męża, rasowego zejmana.
 Pędziliśmy,  a jednocześnie jakbyśmy stali w miejscu. Całymi dniami morze i niebo. Rozgorączkowany świat miasta   odpadał.
Treningi były medytacją w ruchu. Przywracały ład.
Wchodziliśmy do Svaneke tak: ja siedziałem w zejściówce i w tempie radia Luksemburg nadawałem: lewiej, prawiej, dość, stop, odległości w metrach,  patrząc na ekran laptopa, na stole nawigacyjnym, poniżej.
Po prawej burcie, na wejściu, w główki falochronów, prawie na kursie były skałki widoczne gołym okiem, ale Monika wierzyła bardziej mi, czyli GPS - owi. Hania meldowała wskazania głębokościomierza.
 Przy czym ja musiałem uwzględniać zwłokę we wskazaniach GPS - u, oraz niedokładności  spowodowane kołysaniem jachtu. Ponadto miałem okulary do bliży. Raz mi pomagały, raz nie. Więc komunikacja nie była w 100% skuteczna.
Biorąc jeszcze pod uwagę czas reakcji płetwy sterowej na ruchy koła sterowego!
Paru tonowy kadłub też miał swoją bezwładność. A jeszcze Monika musiała zmielić miedzy zębami brzydkie słowa.  Gra polegała na tym, żebym mówił na tyle stanowczo i z siłą w głosie ,żeby mi ufała, ukrywając niepokój , gdy zerkałem gołym okiem na skałki w Realu! 
Zajechaliśmy tam , bo się zbytnio rozwiewało. Uffffff!!!!!!
W Skillinge za każdym razem lokalna anomalia (jaka?) pokazywała na GPS, naszą pozycję  postoju 200 m w głębi lądu, w sielskim domku Szweda, mimo że staliśmy całkiem  realnie przy nabrzeżu jachtowym za realne 90 koron, z działającym kodem do toalety.
Może lepiej bym zrobił (licząc się z zagrożeniem jakie niesie powierzanie własnego bezpieczeństwa  urządzeniom elektronicznym) optując za płynięciem dalej? Może wiatr by przydechł? Albo wejście byłoby bezpieczniejsze?
Kurs podejściowy na mapie papierowej był linią prostą pośrodku toru i tak jechaliśmy. Więc mimo wrażenia zagrożenia z Realu , niepotrzebnie nam skoczyła adrenalina.
Jeszcze kilka pokoleń z elektroniką i  biali „jogini”   nie będą mieli  czego wycofywać w pratyaharze, bo nie używane zmysły ulegną atrofii. Już teraz, młodzi myśliwi eskimoscy giną w zawierusze śnieżnej, bo bateryjki w ich GPS-ach padły. A i świadomość będzie centralna, uniwersalna, zarządzana przez lepszych genetycznie właścicieli GPS –ów.
Trenowaliśmy w domu żeglarza. Zaczęliśmy na niższym piętrze falochronu, ale dziura ze słońcem w grubych chmurach jak z obrazu Rembrandta nie utrzymała się, zasklepiła i zaczęło siec deszczem. Tradycyjni żeglarze z jachtów niczym zadbane obejścia gospodarskie całymi rodzinami siedzieli przy telewizorze domu żeglarza z hałaśliwym reality-schow. Ćmili papierochy, popijali piwo.
 W drugim końcu sali na poddaszu robiliśmy swoje. Nawet nie musiałem przekrzykiwać się z nimi instrukcjami.   Mówiłem półgłosem. Stojące, warianty padngustasany, pośrodku przy solidnym rybackim stole. Ściany były ukośne; przydawały się słupy drewniane. Powolutku wybywali , tak, że pod koniec treningu mieliśmy cicho .
 Było pięknie.
Praktyka jogi podczas rejsu morskiego. Wakacje 2009. 5
Tylko ziomkowie , chwackie chłopaki, ryczeli na całe gardło pod prysznicem na parterze „Hej sokoły……”
 Żenada. Mój treningowy monolityczny stan emocjonalny został zaburzony.  Wstyd wgniatał mi aurę w glebę. Chyba chciałem się zapaść pod ziemię. Ale udawałem,  że ich prymitywna młodziankowatość, mnie nie dotyczy.
 Gosia w siavasanie czuła mrowienie, potem  odrętwienie , wykręcanie rąk prawie do łokci. Ale poruszyła palcami dłoni i  okazało sie że ręce leżą swobodnie.  To żal i wstyd  za chamskość rodaków  tak się manifestowały w jej rękach.
Gosia potem medytowała na falochronie w deszczu, gdy wszyscy już się pochowali pod dachem. Była dla mnie jak dawni samuraje, Oyama, jak prawdziwi mnisi medytujący w śniegu Himalajów.
To było urzeczywistnienie moich wyobrażeń o praktyce prawdziwego faceta.  Patrzyłem na medytującą w deszczu Gosię przez okno domu żeglarza, z sali  jasno rozświetlonej żółtym  sztucznym światłem.  
 W Svaneke odzyskałem  czucie otoczenia.  Zacząłem słyszeć duszą  gwar turystów ,samochodów, skwir ptaków morskich, czuć wsparcie  dla mnie kamiennych nabrzeży, murów odporowych, rozczulenie przysadzistymi domami dla rodzin, rozbawiał mnie siedmiolatek  z wprawą manewrujący motorówką, gdy rozwoził nasz chleb dla stad wielkich, wrzaskliwych, nieufnych głuptaków..
  Rysowałem szczupakowate jachty, zadziaste domiszcza, psy i ludzi. Co prawda  wyglądali jak doklejone wycinanki, ale to lepsze, niż miasto po wybuchu bomby neutronowej.
 Wyspa Christanso przyjęła mnie radośnie jak powracającego domownika -  szeroko rozłożonymi ramionami; serdecznym uściskiem; wchłonęła ciepło.
 Na  głazach emanujących od wieków dobrocią i ciepłem dla ludzi  nie trenowaliśmy długo. Rozłożyliśmy maty w różnych kierunkach .Niska, sina powała chmur znad Bornholmu najpierw zmoczyła czarne armaty na murach obronnych, a potem nas.  Odnieśliśmy więc koce przez inne jachty na nasz. I poszliśmy szukać lepszego miejsca.
W zabytkowym więzieniu, w którym chciałbym być mnichem na zawsze, nie dało się. Więc w siąpiącym kapuśniaczku trenowaliśmy przed sterczącymi z morza głazami, pełnymi rozwrzeszczanych głuptaków , pyskatych mew. Jedna bidulka miała nerwicę natręctw i pluskała łepek bez końca.
 Spokój jaki mi przyniósł ten trening był spokojem pustki, przeciwieństwa   pełni, w której jest masa i homogeniczna energia.
Gosia odnalazła się na tych kanciastych  kamieniach wysokiego nabrzeża moczonych deszczykiem co i raz.
 Pstrykałem zdjęcia ze szczytu góry, pod latarnią morską, odpływającemu promowi, jakby moim przeznaczeniem było  żyć i umrzeć na tej skalistej ziemi.  Płyńcie sobie;  pa, pa
Praktyka jogi podczas rejsu morskiego. Wakacje 2009. 6
W nocy tknęło mnie, ze przecież rano odpływamy , a ja nie byłem blisko z Wyspą. Wiec ruszyłem w gęstą ciemność, pod górę, między zabawkami dzieci autochtonów i  kamienne domki oficerów.  Wyspa przekazała mi swoją wolę, żebym pływał po najmniejszych, najcichszych portach. Wypełniłem  przekaz  z żarliwym przekonaniem.
Okazało się potem, że  i Kasię coś wyrzuciło z koi. Poszła w ciemność wyspy, choć oko wykol. Krótki wypad poranny pojednał ją z Wyspą.
 W Gudhjem cumowaliśmy w tratwie ze szwedzkim jachtem motorowym. Właściciel obwoził bujną blondynkę imprezowiczkę. Tak był nią zajęty, że nie zwracał zupełnie uwagi na nasze stadne wędrówki przez jego forpik, co było  widać na jego białym pokładzie.
Chciałem rozpropagować nową dyscyplinę sportową; przechodzenie z jachtu na jacht, gdy stoją powiązane w tratwę. Najwyżej punktowane było  przepłynięcie z wdziękiem  ponad relingami, między  stalowymi wantami,  lukami , nadbudówkami, tratwami i innym szpejami, przy dużym rozkołysie.  Tak, żeby właściciele nie czuli i nie słyszeli przejścia zawodników o kocich ruchach. Trudność polegała na znajdowaniu dobrego miejsca dla stopy atakującej na kolejnym jachcie , gdy  stopa zasiedziała na starym jachcie  była na nim bezpiecznie zadomowiona. Choć bujało. Okazywało się że niedokładna znajomość długości własnych ud i goleni oraz nietrafne przewidywanie jazd w górę i w dół relingów, skutkowało niespodziewanym  wykonaniem nie całkiem klasycznej Hanumanasany i wydawaniem dość żałosnych odgłosów. Dla ambitnych był bieg przez jachty z kocami, kostkami, matą i torbą lub stosem naczyń do mycia.
 Były trudności z zebraniem jury, więc tylko trenowaliśmy, chcąc , niechęcąc.
W Gudhjem przy małym porcie poniżej skał znaleźliśmy niską maszoperię    osłaniającą  od wiatru. Mieliśmy widok na majestatyczny  zachód słońca. Trwanie w  asanach współgrało z zachodzącą w ciszy, za horyzont   hipnotyzującą kulą. Dzień chylił się  łagodnie ku końcowi. Byliśmy w tym.
 Monotonny zaśpiew instrukcji,  płynny ciąg asan, dostojny, smutnawo- przyjazny zachód słońca budowały nam dharanę.
 Ciemne postacie droczących się dziewczyn i chłopaków, z komórkami, śpieszących do wieczornej kąpieli w morzu, były obok nas. Choć prawie przechodzili nam po matach, rozbierając się  na ścieżce.
 Wieczorem uczta w messie. Właściwie to nie wiedzieliśmy z czego się śmialiśmy.  Łzy mi ciekły gdy rechotałem całym ciałem. Taka
„pranajama”. Kasia powiedziała, że już dawno nie śmiała się tak, całym sercem…
Hano- wyspa żeńska. Drewniane domki dla wczasowiczów z Ystad na łagodnym stoku. Zero samochodów. Staliśmy tuż przy główkach falochronu. Po drugiej stronie wejścia był wydzielony basen w morzu.  Schodzili się do niego, przez cały dzień i mieszkańcy i goście wyspy, dzieci , dorośli i dziadkowie. Japoneczki i macdonaldy. Szpile zimna przeszyły mi nogi,  gdy wszedłem do tej wody. Dzieci woziły siebie wózkami na czterech kółkach, bawiąc się w linię autobusową  z przystankami.
 Przywiało. Próbowaliśmy się zainstalować bezskutecznie w baraczku skandynawskiego  muzeum ludowego z maskami weneckimi, praktycznym sprzętem domowym i   czerstwą gospodynią  nie rozumiejącą słowa po angielsku.  Spod rozległej  chmury burzowej  wleciał na pełnym szwungu do zapchanego portu  jacht z podartym spinakerem. Jego strzępy wyprzedzały kadłub.  Monika wiązała nasz dodatkowymi linami. Więc zainstalowaliśmy się  w wiatce na przystani lokalnych promów. Pincza mayurasane , Sirsasane, Siarvangasanę robiliśmy za wiatką.  Stateczni mieszczanie szwedzcy w sztormiakach, rozochoceni w tawernie, przechodzili przed wejściem do wiatki..  W Hano nie było ograniczenia czasu  pod gorącym prysznicem .
Szczyt góry dawał widoki , jak dla mnie, indochińskie. W odbiciu zachodzącego słońca we wrażliwej wodzie bezszelestnie zmieniał położenie międzywyspowy kabotażowiec.  Gosia medytowała na północ, ja zawisłem w źródlenie czystym powietrzu nad wrzosowiskami , na zachód. Hania, „na Tisznera” siedziała bardziej na południe.
Do Kivik szliśmy  miedzy ciężkimi chmurami burzowym , schodzącymi się, wędrującymi wokół nas.. Aż dziwne ,że nas nie zmoczyło. Chwilami było parno . Wiało z północnego zachodu, więc  w ostrym bejdewindzie,  w fajnym przechyle przebijaliśmy się przez oślepiające łuski falek powyżej toru podejściowego.  Zjechaliśmy łukiem w wejście do portu. Gdy już na krawędzi płycizny zacumowaliśmy , klarując  dziesiątki metrów zastanej liny od boi do nabrzeża, wpłynęła do basenu portowego dzielna sportsmenka, mama z dziećmi, wyjaśniając na migi ,ze zajęliśmy jej miejsce.  Przecumowaliśmy się na silniku do flotylli dziarskich emerytów niemieckich, popijających wino.
Wędrowaliśmy ze sprzętem  asfaltowymi uliczkami między  „barokowymi” ogrodami przydomowymi .   Między wysokimi sosnami w zakamarku  mini szkoły wypłoszyliśmy wrony z iglastych konarów. Zainstalowaliśmy sie tam  na żwirowato betonowym  podłożu. Ogrodowe, drewniane , rozeschnięte fotele ogrodowe przydały się do treningu.  Jak  pamiętam dzisiaj trening tam  , to była komunia z  miejscem.
Praktyka jogi podczas rejsu morskiego. Wakacje 2009. 7
Potem nogi same niosły kilometrami w dół, między domami w ogrodach, z odsłoniętymi oknami, z oświetlonymi salonami, bez jednego Szweda. Tylko z figurkami ptaków, ludzi na parapetach.
Kasia pytała o typy ożaglowania. Co wiedziałem to powiedziałem, przy dżonkowym  zastrzegłem że takiego na Bałtyku nie zobaczy. Szybciej na Morzu Chińskim . Telepaliśmy się do Kasebrg.  Inny jacht też niemrawo się posuwający robił nam sytuację zagrożenia  ,ani wyprzedzał ,ani zostawał za nami. Kurs na zderzenie był jak w banku. Im dłużej go lornetkowałem tym bardziej się dziwiłem. To czerwone co niósł na maszcie, to był właśnie żagiel dżonkowy! Kadłub jak  u starożytnych Wietnamczyków, kobylasty, stępka i wręgi z grubaśnych bali, relingi to drewniane poręcze, słupki gęste z balaskami, stos 6–cio metrowych zapasowych tyk bambusowych na sterburcie. Załoga oczywiście w kolonialnych kaskach. Długowłosy białas z rodzicami i dzieckiem.
 Za nimi nad klifami wisiały całe stada paralotniarzy. Oni tam nie latają tylko wznoszą się pod wiatr i tak wiszą na linach.
Willigis Jeger, autor „Fala jest morzem” sprawdziłby pewnie, czy to taka skandynawska msza wieczorna.
Porcik ciasny, mały.
Praktyka jogi podczas rejsu morskiego. Wakacje 2009. 8
Nie  przejmowałem się  tłumem załogantów pomiędzy paroma restauracjami  u stóp górzystych wzniesień. Ale  Hania skonfundowała się dwoma chłopcami , którzy stanęli jak wryci, zapomnieli o swoich rybkach na wędkach  na nasz widok. Gdy trwało to jakiś czas, Hania przyjęła niefrasobliwą pozę francuskiego gawrosza , co miało ją wtopić w  tłum spacerowiczów.  Gdy to zobaczyłem wychodząc z kulminacyjnych stojących też  zastygłem, ale w oburzeniu; my tu dajemy z siebie wszystko, a Hania nóżka na nóżkę, wsparta o beton, popatruje  z wyższością  zagranicznej turystki!
 Z innych dyscyplin sportowych polecam  tę, którą trenowałem miedzy kabina dziobową a kokpitem, przy 6* B.
Lubiłem leżeć w poprzek koi przy drzwiach a raczej drzwiczkach.  Nade mną woda rozchlapywała się na forluku; było widać maszt od dołu.  Lik wolny foka. Wystarczyło opuścić nogi i już można było głową zaprzeć się o drzwiczki dla stabilności i wciągać  spodnie.
 Jeśli zakładałem  szelki ratunkowe, to  siedząc na koi i zapierając się nogami o boczne szafki nie było  z tym kłopotu. Potem, żeby  dopiąć  sztormiak ,  zapierałem się ramionami w wąskich drzwiach.  I już mogłem startować. Wszyscy się przyzwyczaili, że chodzę na bosaka od lat, więc  nikt na to nie zwracał uwagi. Pierwszy chwyt był prawą dłonią na gładkim ,chromoniklowanym pilersie. Wystawiałem lewą nogę i w zależności od aktualnego przechyłu albo zapierałem się jej krawędzią zewnętrzną o ściankę siedziska, albo stawiałem ją bez zapierania, za to leciałem szybko z prawą do ścianki lodówki, gdy był przechył na lewą burtę. Wtedy woda  za bulajem była widoczna nad palnikami kambuza. W prawym bulaju można było sprawdzać zachmurzenie.
 Niewskazane było łapanie się za krawędź stołu, bo był tylko na dwóch centralnych nogach, a  blat to w końcu tylko blat. Gdybym zwalił się na niego swoimi 100 kilogramami mogłyby mieć miejsce uszkodzenia. Więc   szybko  łapałem za zlewozmywak i przelatywałem do  oparcia siedziska przy kingstonie.  Incognito  trochę się udem zapierałem o blat stołu, ale  tylko incognito! Tylko w przelocie!  Nie byłoby honorne wylądowanie pyskiem  za połamanym stołem.
 Oparcie siedziska i solidna  szafka stanowiska nawigacyjnego , bliskość schodni do kokpitu dawały poczucie pewności co do relatywnie stałego położenia ciała. Trzeba było uważać na pionową szybkę między komputerami nawigacyjnymi a kambuzem zabezpieczającą przed parą wodną z garów. Była tylko na dwu uchwytach u dołu. Jej nie należało się łapać.
 Przy zgraniu ruchu mojego środka ciężkości z  hopsztosami kadłuba wyczekiwałem takiego układu sił, który po łuku wrzucał mi miednicę na  siedzisko nawigacyjne. Wystarczyło siedząc zaprzeć się kolanami i stopami i góra była wolna. Ale ze dwa razy lekkomyślnie ograniczyłem się tylko do trzech punktów zaparcia i przeleciałem  po łuku na ścianę kingstonu; zatrzeszczała  niepokojąco.  W locie dopinałem szelki.
W drodze do kokpitu można było zawsze zatrzymać się, wystawić głowę powyżej nadbudówki, sprawdzić czy łeb urywa,  na ile wiatr jest toksyczny i ruszyć dalej.  Nogę trzeba było zawsze przestawić przez wysoki próg, ale już z widokiem na jakiś  większy kawałek  siedzenia.  Trzymając się jedną ręką za  krawędź  prowadnic sztorc klapy czy  kabestanu, wyraźnie wpatrując się w miejsce  lądowania dawało się informacje  załogantom jak mają się ustawić  żeby uniknąć spotkania 3 stopnia. Tu było zupełnie inaczej niż na bramce piłkarskiej.  Nie chodziło o to, żeby bramkarza zmylić, tylko przeciwnie  pozawerbalnie  precyzyjnie wskazać miejsce zamierzonego lądowania
 A potem to już sielanka; wpiąć się w linę, zaprzeć się plecami i nogami po przeciwnej stronie i już można było  wpadać w nieme  osłupienie  patrząc na Kasię godzinami unikającą spotkania stóp z pokładem. I jeszcze poprawiała  kosmyk włosów!!!!! W tych okolicznościach Przyrody!
 
Adam Dąbrowski
Opublikuj na:
Polecamy:   1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10
Jak wybrać jogiczny prezent ? Na co zwrócić uwagę ?

Jaki prezent wybrać? Jak ocenić nie znając się na sprzęcie do jogi, co będzie optymalne?...

Kiedy moje nogi będą w końcu elastyczne?

Mocne oraz elastyczne nogi to też zdrowe nogi - lekkie, sprawne i pewnie stąpające po ziemi. To większa radość biegania i uprawiania wszelkich innych dyscyplin sportowych - twoich ulubionych. To wreszcie smukłe i zgrabne nogi, zrelaksowane i odprężone. Nie zwlękaj - sięgaj po więcej - również w jodz...

Jej wysokość cytryna

Królowa pochodzi z południowo-wschodnich Chin. Jej kariera rozkwitła w XVIII wieku, kiedy odkryto, że jest doskonałym remedium na wiele chorób. Dziś cytryna znana jest nie tylko ze swych właściwości leczniczych, ale także jako doskonała pomoc w ekologicznym sprzątaniu domu....

10 sposobów na uproszczenie życia

Dzisiejsze tempo życia, szczególnie w dużych miastach jest przyczyną przewlekłego stresu, przemęczenia i problemów ze zdrowiem. Prostota i minimalizm mogą nam pomóc odnaleźć równowagę i swój własny slow life. Oto 10 sposobów na uproszczenie życia. ...

Obserwujemy obecnie prawdziwy boom na rozwój osobisty. Z czego on wynika?

Na to i wiele innych pytań odpowiadają Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego stylu życia, entuzjaści ajurwedy i technik medytacyjnych....

Prezydent z kasty niedotykalnych na czele Indii. Aktywnie ćwiczy jogę.

Niedawno opisywaliśmy na naszych łamach sylwetkę premiera Indii Narendry Modiego, teraz publikujemy kolejny artykuł z tej serii - dla wszystkich czytelników bliżej zainteresowanych Indiami. ...

Joga w walce z traumą, czyli jak pomóc weteranom

Zespół stresu pourazowego (PTSD) dotyka nawet 10 proc. żołnierzy, którzy brali udział w działaniach bojowych. Szeroko zakrojone badania nad tym, jak pomóc weteranom, którzy cierpią z tego powodu prowadzą m.in. Amerykanie. Mają w tej materii pokaźne doświadczenia, bo na przestrzeni ostatnich lat wiel...

Jak długo muszę się rozciągać, żeby być w pełni elastycznym?

Rozczaruję Was już na samym początku tego artykułu, ponieważ muszę uczciwi przyznać, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. ...

Dania gotowe. Czy mogą być zdrowe? Rozmowa z Pawłem Skrzypczakiem, prezesem firmy Primavika

Na sklepowych półkach coraz więcej miejsca zajmują różnego rodzaju dania gotowe. Wpisują się one w potrzeby współczesnego konsumenta, który żyje szybko. Czy taka wysoko przetworzona żywność może być zdrowa? Na co zwracać uwagę przy wyborze produktów typu convienience? Rozmowa z Pawłem Skrzypczakiem,...

Joga i medytacja receptą na lepszą pamięć i orientację

W Polsce na alzheimera choruje ok. 350 tys. ludzi. Tracą pamięć, sprawność. Uczeni nie potrafią jeszcze powiedzieć, co jest przyczyną stopniowej i nieodwracalnej degradacji komórek nerwowych mózgu. Trwają intensywne poszukiwania sposobów na opóźnienie postępów choroby i poprawę komfortu życia pacjen...

  
pokaż wszystkie
więcej
pokaż wszystkie
Partnerskie szkoły jogi
  

Partnerzy portalu
ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

  
Joga Portal - Pierwszy, ogólnopolski serwis joga-joga.pl - Kraków - Poznań - Wrocław - Trójmiasto - Lublin
Wakacje z joga, wakacyjne kursy jogi oraz wyjazdy organizowane przez szkoły Jogi z całej Polski. Wyszukiwarka szkół jogi: Kraków, Poznań, Wrocław, Trójmiasto, Lublin a także wiele innych miast z całej Polski. Pozycje jogi, joga na DVD, książki o jodze,joga-sklep, forum a także medytacja, ajurweda, kursy rozwoju oraz masaż tajski. Najnowsze wydarzenia, pytania oraz odpoweidzi, wywiady oraz joga w ciąży i joga dla dzieci - Indie i joga w Indiach a także abc jogi i wakacje z jogą podróżowanie po Azji
likesoft